Sanok w miniaturze
Aleksander Makowski nie lubi spędzać czasu przed telewizorem. A że jest zapalonym modelarzem, od lat poświęca się swojej wielkiej pasji – kolejce. Nie jest z wykształcenia plastykiem ani architektem, ani nawet budowlańcem. Nie jest też elektrykiem, jednak jego zajmująca cały pokój makieta to zdalnie sterowany skomplikowany system, a jednocześnie pomysłowo zaaranżowana przestrzeń, pełna budynków, tuneli, autostrad, mostów i estakad. Właśnie znów ją rozbudowuje, więc część makiety wygląda jak plac budowy – z „ziemi” wystają kable, elektromagnesy i inne cuda, które sprawią, że kolejka już niedługo będzie śmigać, że hoho!
Właśnie dzięki temu hobby pojawiła się w jego życiu kolejna pasja – z kartonu, w skali 1:100, zaczął odtwarzać piękne, stare sanockie posesje. Jak tak dalej pójdzie, to kto wie, czy wzorem innych miast Sanok nie doczeka się wkrótce swojej miniaturowej wersji.
Od kiedy jest pan modelarzem? Jak zaczęła się ta pasja?
Ponad trzydzieści lat temu kupiłem dzieciom kolejkę. Skoro kupiłem, to musiałem rozkładać – i bawiłem się równie dobrze jak one! Potem do zestawu dokupiłem zwrotnicę... i to był początek. Własną makietę tworzyłem przez dziesięć lat. No, nie było to tanie hobby, ale jak już się raz zacznie, trudno przestać ulepszać – dochodziły więc coraz to nowe plastikowe modele budynków, pociągi, tory, mosty, wiadukty... Tyle że w małym mieszkaniu taka pasja to duży kłopot. Kiedy dzieci siadały do nauki, trzeba było kolejkę zwijać, żona się denerwowała, że makieta jest najważniejsza
Postanowiłem więc wszystko sprzedać – poszło od ręki. I dopiero wtedy zacząłem żałować...Po kilku latach, syn, widząc, że nie mogę sobie znaleźć miejsca, zaproponował żebyśmy wzięli się za to jeszcze raz. I tak od siedmiu lat znów mam zajęcie. Tylko że teraz wkładam w nie znacznie więcej niż pieniądze i zapał. Każdy budynek robię sam. Są więc dla mnie o wiele cenniejsze, no i znacznie ładniejsze niż te kupne – plastikowe.
Siadł pan i już umiał to robić?
Nie mam wykształcenia w tym kierunku, ale w naszej rodzinie wszyscy wyżywają się twórczo – żona malowała, syn i córka rzeźbią, no... taka rodzina.
A skąd pomysł rekonstrukcji starych sanockich posesji?
Pierwszy model budynku zrobiłem z sentymentu. To był dom kolejarza w Zagórzu, w którym swego czasu mieszkałem. Później powstał budynek stacji w Nowym, a potem w Starym Zagórzu, a potem przenieśliśmy się do Sanoka. I przyszło mi do głowy, żeby ocalić od zapomnienia ulicę Kopernika, ale nie tę obecną, tylko wcześniejszą, tę którą pamiętałem jeszcze z dzieciństwa. No
i właściwie już ją mam – brakuje tylko sadów, które otaczały niemal wszystkie domy. Ale i to mam w planach...
Czym się pan kieruje, wybierając obiekty do miniaturyzacji?
Widzi pani, ja dużo spaceruję. Muszę – jestem po zawale. Chcąc nie chcąc, przyglądam się Sanokowi, przypominam sobie, jak wyglądała ta czy tamta ulica, ten czy inny dom. Mam swoich faworytów. Najbardziej lubię te posesje, które zachowały swój dawny charakter, jak na
przykład budynek Miejskiej Biblioteki Publicznej – dawna willa architekta miejskiego Wilhelma Szomka.
Właśnie ją skończyłem. Zrobiłem też willę doktora Domańskiego, inną piękną willę – znajdującą się naprzeciwko lodowiska, „Dom Julii”, budynek, w którym mieści się obecnie PCK...
Co w tej pracy jest najtrudniejsze, a co sprawia największą przyjemność?
Modelarstwo to zajęcie bardzo precyzyjne, wymagające ogromnej cierpliwości. Ja jestem trochę nerwowy, więc dla mnie jak znalazł, żeby się uspokoić, wyciszyć. Oczywiście, gdy coś nie wychodzi, mam ochotę rzucić wszystkim, ale czasem jest też tak, że robota pali mi się w rękach i wtedy tracę poczucie czasu – pracuję nawet 16 godzin dziennie! I zapominam o wszystkim, nawet o jedzeniu. Najprzyjemniejsza w tym wszystkim jest chwila, kiedy oglądam efekt końcowy swoich wysiłków. To wynagradza wszystkie trudy.
Czy jest szansa, że zobaczymy kiedyś stary Sanok w skali 1:100?
Pracuję sam, więc raczej nie... Nie zdążę zrobić nawet tego wszystkiego, co bym chciał. Ale może uda mi się choć starówkę?
Anna Strzelecka